Dojechaliśmy na miejsce bolidem Efjeden monstrualnym,

po krótkim szukaniu prehistorycznego kręgu zatrzymaliśmy się

by rozbić ówczesny dom, mekkę, schronienie.

Niestety jak się okazało zabrakło szkieletu naszego szałasu,

toteż odezwał się w nas duch pradawnego McGuyvera, który nakazał nam działać.



Jak widać o zachodzi słońca mekka i medyna stała bujana zewsząd przez wszędobylski wiatr,a my udaliśmy się na tradycyjne mycie stóp.



Na miejscu powitały nas dwa plemiona mrówek: Mrówki Skurwysynki i Mrówki Czarodziejki.

Obie starały się, często z powodzeniem skosztować naszych fizycznych ciał,

jednak tylko ród tych drugich postanowił dać nam coś w zamian- Jad Mądrości który trysnął w nasze ciała niczym święty dym.













nie z naturą. Byliśmy pośrodku narady entów. Pozwalali nam ruszać swymi rękami przy pomocy telekinetycznej siły wypływającej z nas niczym wstęga Oleo-Robsona, ledwo trzymająca się watki.

Gdy żołądki nasze domagać zaczęły się żołdu, nabiliśmy kiełbachy na patyki niczym Rzymianie Chrześcijan na pal, a następnie obserwowaliśmy z jaką doskonałością maleństwa nasze uprawiają mistyczną formę sportu ekstremalnego- Fire Diving. Ekscytujący pokaz niestety nie spodobał się widowni, która skowyczącą biedną kiełbaskę pożarła żywcem.







<<<------Nigdy wcześniej nie pokazywana scena z sequelu kultowego działa- „Deep Throat 2-lick my nigga baby!”

W środku czarnej nocy wokół naszego dogasającego paleniska zaczęły schodzić się Wampiry-Gwałciciele, ogry, trolle i zające. Do tego patrząc na zło na ziemi bogowie poczęli płakać, co zmusiło nas do odwrotu na z góry upatrzone pozycje. Naszym jedynym wyjściem było udanie się do Zielonego Stwora z górki, co uczyniliśmy. Przyjął nas ciepło i mechanicznie, a co najważniejsze, ochronił przed gniewem bogów i natury.






Przybyłem do Tarzanowego Pieca własną furą (chciałem zaśpiewać Andrzejowi „Będę brał cię w aucie” i wprowadzić obietnicę w czyn).

Może innym razem...







Andrzej szczęśliwie i bezpiecznie dowiózł nas do miejsca, które przed laty było pewnie rezerwatem Indian (ciągle dało się poczuć tego ducha).







Jak zwykle wykazałem się zorganizowaniem i dbałością o wszystko – nasz tymczasowy dom okazał się niekompletny, nadawał się ewentualnie na ołtarzyk voodoo ale na schronienie przed zwierzyną i burzami już niekoniecznie.



Nad jeziorem odmówiliśmy modlitwę Majów „Obym nigdy nie wytrzeźwiał” i rozważaliśmy wpływ wprowadzania ulepszeń technologicznych w rafineriach w Azerbejdżanie na żywotność i aktywność seksualną ryb w jeziorach Warmii i Mazur.



Moce natury po raz kolejny udowodniły nam że abyśmy mogli w pełni korzystać z jej uroków, musimy stawić czoła wielu przeciwnościom. Pierwszą z nich był atak krwiożerczych mrówek, oddziały czarne i czerwone razem przypominały kubańskich rewolucjonistów.









Gdy usadowiliśmy się przy uświęconym ognisku, ukontentowana natura tchnęła w nas cząstkę swojej siły, przestaliśmy myśleć słowami, dostrzegaliśmy rzeczy, które nie zawsze można dostrzec – widzieliśmy UCZUCIA puszczy. Dusze indiańskich szamanów szeptały nam do ucha prastare opowieści o odwiecznym współżyciu człowieka i przyrody.



Nasze ekstremalnie męskie organizmy zaczęły domagać się gorącej strawy, toteż dziarsko upalowaliśmy kiełbasy i zanurzyliśmy je w czeluściach płomieni naszego ogniska. Wtedy to zaspokojenie naszego łaknienia zostało wzbogacone o doznania wzrokowe – kiełbasy zaprezentowały nam niesamowity taniec z wszechmocnym ogniem – Fire Diving.



Gdy już dzień ustąpił nocy, otrzymałem niezwykły dar od natury – najpierw mogłem posłuchać naradzających się Entów a później siłą woli poruszałem gałęziami pobliskich drzew. Rzuciłem również kilka uroków na ludzi którzy zasłużyli na moją niełaskę.



Po intensywnych doznaniach duchowych, jak również cielesnych, przyszła pora na spoczynek. Udaliśmy się do maszyny stworzonej przez ludzi, nie pasującej do dumnej i tajemniczej puszczy, jednak zapewniającej bezpieczeństwo i komfort. Noc była długa. Po niej nastał kolejny dzień, kolejne wyzwania i zdarzenia...



<<---Stwór

KOnIEC